środa, 25 kwietnia 2012

sleepless....

Deszcz nazmywał się tej nocy. Tyle szklanek, tyle talerzy. Taki pierwszy, wczesnowiosenny.... Zwiastował nadejście nowego. Plamy wody coraz bardziej rozchodziły się po moim ciele. Ja nękanym przez bezsenność, na Wojciechowym parapecie. Dym papierosowy nie mógł przebić się przez tą wodną kurtynę i co moment nawracał do mojego pokoju. Pod ciepły dach i bezpieczną pościel. I witałem się z ciemnością. Taką nie do końca przenikliwą, jasną, wspieraną latarnią wiszącą nad moim oknem. I ten świat połyskiwał. I kiedy przyszło odchodzić, pożegnać się...to oczy się nie zamykały. Trwały na posterunku, czekając na coś, co nie następowało. I kiedy umysł nie pracuje jak powinien, widzi się tak wiele rzeczy. Rozbłyski błyskawic i poświaty przedmiotów. I chyba świeczki postawione na śmietnikowym krześle się unosiły... I ja im wszystkim mówię cześć wtedy. Tak bez owijania w bawełnę. Z uściskiem dłoni i pocałunkiem w lico, a i z uniesioną jedną brwią, co by było najdoskonalej jak się da. I tańczyć i wirować mi to wszystko zaczyna nad głową. Spektakl światła, formy i dźwięku. Czterogodzinny, plus dwie przerwy na papierosa. I nagle witam się z ciemnością... na minut 43. 7:05 budzik.

sobota, 31 marca 2012

Ocean wolnego czasu KRAKÓW KRAKÓW KRAKÓW

A gdyby tak zostawić obiad na gazie. Obrać ziemniaki, wrzucić mięso na patelnie, marchewkę pokrojoną w kostkę zalać wodą i wstawić na palnik. I niczego nie mieszać. Nie zmniejszać płomienia.
Żeby to kipiało. Wrzało i gotowało. Jak pulsująca krew w tętnicach. Jak roztrzęsione po nieprzespanych nocach ręce. I żeby to się wszystko przypalało. Żeby wypalało w sobie pokłady wody. By to wszystko WYŁO!
Gotowanie na ogniu w opcji full. By skrzyło się i rozgrzewało do czerwoności garnki. Zmieniać by to się zaczęło w jedną wielką kostkę węgla.
I żeby śmierdziało, jak życie gdy jest pod górkę i nieznośnie pocą się pachy. I by huczało dymem, ciemnym gęstym, by trącało sadzą, osiadającą później na mym wpół nagim ciele, rozłożonym niedbale na tacy parapetu.
Naczynia jak ziemia, która potrzebuje dobrotliwego wpływu minerałów i atomów , oraz pierwiastków pierwszych z martwych organów organizmów żywych.
Bo TUJE najlepiej rosną na cmentarzu.
Szukając przyszłości czuje skrzydła kiełkujące mi na plecach.

poniedziałek, 5 marca 2012

chwila przerwy

Musze przerwać pisanie na moment.
Lekkie zawirowania.
Zapraszam do archiwum...
Gustaw

czwartek, 2 lutego 2012

Ręce.

Bo jestem ciałem na tym ostatnim pokoju.
Dziś.
Pacierzem jestem, składam się jak ręce.
Światła skupieniem, obuchem się trafiam
Sam w tej ziemi się grzebie
paznokcie w bezruchu

Kolejno odlicz,
kościelne wymienianki,
słowem, nazwiskiem,
co czekasz zbyt późno.
Tym życiem zagapisz,
na moment zapomnisz,
a już przeleciało i marszczą się ręce.

Nasze jest Twoje i razem osobno,
Przysięgi, rymy, serca łaskotanie.
Po nocach potem tylko gołe stopy,
wiatru pokwilanie i puste objęcia.

Klucze w kieszeni dziś już nie zadźwięczą.
W nerwach zgubienia ich szukać nie trzeba.
Rozprostuje kości, ręce już odjęte
plama na obrusie i święte poczęcie.

wtorek, 31 stycznia 2012

o Grzesiu

a to jest chyba o mnie, a może nawet dość za bardzo!
no i imię się zgadza...a historie z dziecięcych wierszy tak trafnie opisują dorosłe życie.

Jest minus piętnaście.
mam suche włosy i mokre spojrzenie.
Czapkę z pomponem i skasowany bilet.
Chodźmy do dra.

"- Wrzuciłeś Grzesiu list do skrzynki, jak prosiłam?
- List, proszę cioci? List? Wrzuciłem, ciociu miła!
- Nie kłamiesz, Grzesiu? Lepiej przyznaj się kochanie!
- Jak ciocię kocham, proszę cioci, że nie kłamię!
- Oj, Grzesiu kłamiesz! Lepiej powiedz po dobroci!
- Ja miałbym kłamać? Niemożliwe, proszę cioci!
- Wuj Leon czeka na ten list, więc daj mi słowo.
- No, słowo daję! I pamiętam szczegółowo:
List był do wuja Leona,
A skrzynka była czerwona,
A koperta...no, taka... tego...
Nic takiego nadzwyczajnego,
A na kopercie - nazwisko
I Łódz... i ta ulica z numerem,
I pamiętam wszystko:
Że znaczek był z Belwederem,
A jak wrzucałem list do skrzynki,
To przechodził tatuś Halinki,
I jeden oficer też wrzucał,
Wysoki - wysoki,
Taki wysoki, że jak wrzucał, to kucał,
I jechała taksówka... i trąbił autobus,
I szły jakieś trzy dziewczynki,
Jak wrzucałem ten list do skrzynki...
Ciocia głową pokiwała,
Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia:
- Oj, Grzesiu, Grzesiu!
- Przecież ja ci wcale nie dałam
- Żadnego listu do wrzucenia!... "


muzycznie chilli zet


i ja w Dra.

czwartek, 26 stycznia 2012

Jest to deszczowy maj,
i arabski dźwięk przez ucho sie wciska.
I jest zimna styczeń, i pora roku
na ostatnie litery.
Jest wiatru rozkosz,
i letnie pokwitanie.
Jest stan i skupienie.
Jest czas i czas na lewitowanie.


Chłodu wiersze,
sto czasu litery i dramat kobiety na jesiennej szosie.
Jest banał lata trzy miesiące
przemoczone buty i przepalone włosy.
Jest czas co nie ucieka, trwa i trwoni me ciało i ze mną.
Jest ręka dzis do odpowiedzi sie zgłosi,
po odpust, udręke i sedno.